Andrzej Pitoń-Kubów
wiersze, teksty z archiwum
O SOBIE

Andrzej Pitoń-Kubów

(trochę o sobie)

 … Prawdą jest, że wszyscy wrażliwi ludzie przeważnie parają się sztuką. Niektórzy piszą wiersze, bądz szukają artystycznego ujęcia do swoich zdjęć i malowideł, w muzyce też rzecz ma się nie inaczej - szkoda, że w dzisiejszej sztuce nie ma już zwykłych, normalnych ludzi ...

... ktoś, tak właśnie ujął rzecz dosadnie ...

Andrzej Pitoń-Kubów

Nie jestem poetą, niech to będzie na moje usprawiedliwienie, ale lubię przebywać z nimi i dobrze się czuję wśród, oczywiście jako odbiorca (czytelnik). Duszę mam również czułą i wrażliwą. Tak zresztą, każdy napotkany góral powiedziałby o sobie i stanął do szeregu po stronie powiedzmy artystów.

Nie jest prawdą, że artyści, to tylko bujają w obłokach. Oni po prostu inaczej patrzą na każdą rzecz i więcej widzą w danej chwili, głębiej przeżywają zaistniałe zjawisko i dlatego poeci - przemycają pointy, podstawiają metafory, używają symboliki by uciec po części od wyreżyserowanych, hermetycznych pojęć jakimi kieruje się poniekąd nasze ziemskie życie.

 

Z poezją, szczególnie podhalańską, albo regionalną, gwarową, zapoznałem się jeszcze w młodości, będąc na Podhalu. Czytywałem i podziwiałem autorów, najczęściej na spotkaniach literackich w Śwarnej. Niektorych poznałem osobiscie. U Stanisława Nędzy-Kubińca, który był spokrewniony z moją rodziną, bywałem w domu, także Adama Pacha, Tadeusza Staicha, Włodzimierza Wnuka, Skupnia-Florka, Franciszka Łojasa-Koślę, Jaśka Fudalę z Gorców, Franciszka Bachledę-Księdzularza, Andrzeja Gąsienicę-Makowskiego, Mietka Króla-Łęgowskiego. Spodobała mi się ich pasja i sens tworzenia, gdyż nadaje i wzbogaca naszą rodzimą kulture. Poezja, potrafi przemawiać, przedmiotom przywracać znaczenie, stwarza koncepcje poruszania się wsród najmniej zauważalnych faktów, zatrzymuje się niejednokrotnie na ludzkich przywarach, zaglądając innymi razy w ślepe zaułki duszy ... zaczepia o labirynty życia ... sprawy, trudne do pokonania i zreferowania samemu autorowi.

Urodziłem się w Kościelisku, miejscowi nazywają w Polanach. Utarło się mówić, że Kościelisko to bijące serce Podhala. Tu też upłynęło mi bosko dzieciństwo, w kręgu gór i tatrzańskiej przyrody.
Uczyłem się tego dziedzictwa, jako „świętego obcowania”... gwary jako mowy ojców i przodków. Do dziś noszę to w sercu i mam dla niej wielki szacunek i umiłowanie. Zresztą do wszystkiego co „naskie” czuję wielki sentyment.

Będąc chłopcem – mając chyba 11 lat - spróbowałem coś pisać. Pamiętam - potrzebna była sztuka kolędnicza, do chodzenia po kolędzie z jaselkami. Nie było skąd nabyć gotowego egzemplarza, więc podjąłem się wyzwania ..., ale aby koledzy nie zbagatelizowali tekstu i prób jakie były konieczne do nauczenia sie go na pamięć, pozwoliłem sobie nie przyznać się kto jest autorem. Powiedziałem, że znalazłem stary tekst w babcynej skrzyni, unikalną bardzo starą i mało znaną sztukę, której jeszcze na Podhalu nikt chyba wcześniej nie pokazywał.

Nie powiem, ale odegraliśmy ten krótki spektakl kolędniczy z królem herodem i pastuszkami w kilku sąsiednich domach, braw raczej nie było, ale ludzie parę grosików do skarbonki wrzucili. Niestety sztuka się gdzieś z czasem zawieruszyla ... a być może wartna by była dziś do przeczytania, chociażby z ciekawości.

Po skończeniu szkoły podstawowej wybrałem się na dalszą edukacje do Rzeszowa, bo tam jedynie była szkoła przemysłu spożywczego, konkretnie mleczarska. W Polsce były tylko 3 takie szkoły. Ta była najbliżej, ale jakże - daleko od gór, od rodzimego, ukochanego Podhala, od rodziny.
Tęskniłem za tym co się „ostało precki”. Chciałem uciekać, wracać do domu, ale też nie chciałem robić przykrości ojcu, bo on mnie tam ułożył. Ojciec, Stanisław, był wiceprezesem i członkiem zarządu w Podhalańskiej Spółdzielni Mleczarskiej, jako działacz spółdzielczy jeszcze od czasów przedwojennych. Z przekazu chyba pokoleń - chciał mieć we mnie schedę, godnego następcę.

Z Rzeszowa mam mnóstwo dobrych szkolnych wspomnień jak również sportowych, grając zawodniczo w piłkę siatkową w Resovii, od A klasy poprzez okręgówkę, aż do ligi. Resovia w tamtych latach była czołową drużyną w Polsce, a kilka lat później zdobyła nawet mistrzostwo kraju.

Po ukończeniu szkoły wróciłem w rodzinne strony za którymi - kotwiło mi się zawsze ... rodzice już byli w starszym wieku, potrzebowali pomocy na gazdówce. Tak zacząłem pracę w mleczarni a następnie w GS Samopomoc Chłopska. Działałem społecznie w Kółku Rolniczym i Związku Podhalan. Grałem jeszcze w siatkówkę w zakopiańskim Starcie, który był wtedy w krakowskiej okręgówce na poziomie III ligi.

Andrzej Pitoń-Kubów z Józefem PitoniemPonownie też zacząłem pisać będąc kierownikiem artystycznym i administracyjnym w zespole regionalnym Polaniorze. Napisałem dla nich kilka sztuk i opracowań, byłem także ich reżyserem.
Na przykład: „Osod u bacy Kierni w Polanach”- I miejsce - złota ciupaga na MFFZG w Zakopanem w 1976 roku, przyniosla sukces Polaniorzom. Były jeszcze; „Hołdymas”, „Kolędujmy małemu”, oraz kilka mniejszych scenek rodzajowych. Prawie wszystkie zostały nagrane i utrwalone, w większości do polskiego radia przez panią Barbarę Peszat-Królikowską. Niektóre wystawiane na różnych scenach: w Przeglądzie Zespołów Kolędniczych w Bukowinie Tatrzańskiej, w Przeglądzie Teatrów Amatorskich w Czarnym Dunajcu oraz na Poroniańskim Lecie, lub Przezieracce w Poroninie. Pisałem czasami do Podhalanki (ukazywała się w Ludźmierzu), do Tatrzańskiego Orła w New Jersey. Mam bardzo wartościową korespondencję z śp. Władysławem Gromadą, do Dziennika Związkowego w Chicago.

Zaznajomiłem się z panem Tadeuszem Staichem, który namówił mnie do tworzenia poezjii, aby się mocniej zaangażować. Nawet pochwalił kilka wierszyków twierdząc, że mam łatwość tworzenia obrazów poetyckich i wysławiania myśli, a reszta to sama z czasem przychodzi - w doskonaleniu - powiedział. Zaprosił na zebranie Koła Literackiego Oddziału w Zakopanem, którego prezesem był wówczas Adam Pach. Tam spotkałem znanych już piewców ziemi podhalańskiej: Andrzeja Skupnia-Florka, Stanisława Gąsienicę-Byrcyna, Hankę Nowobilską, Zofię Gracę, Włodzimierza Wnuka jak również młodych startujących, a już bardzo dobrych w swoim rzemiośle - Franciszka Bachledę-Księdzularza, Franciszka Łojasa-Koślę, Jana Fudalę (Jasiek z Gorców), Andrzeja Gąsienicę-Makowskiego, Mieczysława Króla-Łęgowskiego. W tym też okresie w swojej rodnej wsi piastowałem funkcję wiceprezesa Zarządu reaktywowanego po ponad 30 latach Zwiazku Podhalan - Oddział w Kościelisku, gdzie mój ojciec Stanisław, członek Zarządu, w latach trzydziestych był jego współzałożycielem wraz ze znanym poetą Stanisławem Nędzą-Kubińcem, Stanisławem Szczepaniakiem, A. Chotarskim i wielu innymi zacnymi osobami z Polan.

W 1979 roku jako działacz związkowy wyjechałem z delegacją Związku Podhalan w Polsce do Ameryki na Jubileusz 50-lecia Związku Podhalan w Ameryce. Pięknie się to wszystko odbyło, w luksusowej, wystawnej, słynnej sali Palmer House. Człowiek zza „ żelaznej kurtyny” pierwszy raz w życiu na własne oczy uwidział prawdziwy luksus, wystrój, przepych sal, jadła, kunszt obsługi. Nie do wiary, że tak mogą sobie na to pozwolić nasi krajanie, ktorym los pozwolił wyjechać i żyć w Ameryce. Dla większości delegacji było to wielkie przeżycie. Niejeden przecierał oczy na widok wszystkiego, i że może w tym uczestniczyć.

Z grupy tej zostało nas kilka osób. Pracując nielegalnie, ja też chciałem trochę przyzarobić dutków, poprawić realia i jak każdy inny wycieczkowicz – z pożytkiem wykorzystać pobyt i okazje. Zamienić, przerobić czas na kilkaset zielonych papierków, aby choć trochę ulżyć sobie i rodzinie, dzieciom sie przypochlebić, kupić zmodyfikowanych elektroniką zabawek, posłać słodyczy, rodzynków, kakao, dobrej kawy, lepsze ubrania itp., bo w PRL ... czasy były naprawdę nie za wesołe. W sklepach nagie haki, ocet, musztarda, reszta z przydziału na kartki.

Andrzej Pitoń-Kubów z rodziną na wycieczceStąd już obserwowałem wydarzenia jakie miały miejsce w Ojczyźnie w latach 80-tych , tu też zastał mnie stan wojenny, który wprowadziła ówczesna skorumpowana władza. Bolało mnie to bardzo „władza” użyła siły - wojska, milicji. Skierowani zostali przeciwko własnemu narodowi. Nie mieściło się to w mojej głowie, wbrew psychice. Postanowiłem twardo - tam już nie wracać, tym bardziej, że nasz konsulat wysyłając powiadomienie listowne w sposób dyktatorski zażądał, abym do miesiąca opuścił granice USA, nie wyrażając zgody na ponowne legalne przedłużenie ważności paszportu i pobytu, choć miałem aktualnie ważną jeszcze amerykańską wizę (nakazując opuszczenie Ameryki do 30 dni). Miałem się osobiście stawić w konsulacie z wykupionym ważnym biletem powrotnym. Był to cios poniżej pasa. Odmówiłem grzecznie, ale stanowczo i zdecydowanie kazałem referentowi mój paszport zdeponować, o ile chcą, na dłużej, aż sytuacja kiedyś ulegnie poprawie. Wyszedłem pospiesznie ku zdziwieniu swoim i urzedników.

Tak oto ... niepoprawnie zasiedziałem się w Ameryce, trwa to już dobre ponad 25 lat - aż do dnia dzisiejszego.

Na początku mocno przeżywałem sytuacje jakie zaistniały w ówczesnej Polsce. Były to lata 80-te, Solidarność, masowe wychodźstwo, do Chicago masowo przyjeżdżali niechciani, wygnańcy systemu, działacze solidarnościowi, którzy dostali wilcze bilety. Spotykaliśmy się z nimi, przy różnych okazjach, pomagało się organizować zbiórki pieniężne na przetrwanie w ruchu oporu, w podziemiu, poczatkującym na emigracji, były zbiórki, telefony w chicagowskim radiu, wszędzie wokoło współczucie, żyło się tym tematem.

Wtedy też chyba najwięcej pisałem, z tęsknoty, z żalu, złości na nowe warunki, tu i tam, do których trzeba było się od nowa zaadaptować. Chciałem dzielić się swoimi spostrzeżeniami, przemyśleniami, wierząc że pomogą, przydadzą się innym. Wysyłałem wiersze na konkurs literacki do Zakopanego, nawet ... kilka razy otrzymałem wyróżnienie - w kategorii gwarowej. Pisałem także do miejscowych wydawnictw polonijnych artykuły dotyczące naszej kultury i tradycji podhalańskiej. Były publikowane.

Wiersze, w większości do szuflady, lub jakby to nazwać ... pisałem - sobie i muzom! W utworach z tego okresu stawiałem najczęsciej pytania o sens tego co wokoło, ale nie narzucałem się z odpowiedziami, bo by ich było tyle samo co polonusów na gościnnej ziemi Washingtona. Tak czy inaczej, każdy musi po swojemu toczyć swój życiowy głaz ... byle on nie był – syzyfowym.

 W latach 1984-1987 zostałem wybrany, wiceprezesem do spraw kultury przy Związku Podhalan w Ameryce Pólnocnej, zaś w latach 1993-1996 prezesem tejże zasłużonej dla polonii amerykańskiej organizacji. Podhalanie, od pokoleń rozsiani po całej Ameryce, od wschodu po zachód, od południa po daleką północ - wszędzie ich idzie spotkać - mają swoje kluby i prężnie działają.

W okresie urzędowania byłem pomysłodawcą i współorganizatorem kilku przedsięwzięć kulturalnych. I tak: Festiwal „Na Swojską Nutę”, który zaczął egzystować w 1983, ale już w 1984 zmienił nazwę na „Na Góralską Nutę”, aby podkreślić rangę góralskości, która była myślą przewodnią i miała grać pierwsze skrzypce. Festiwal, stał sie wizytówką naszego folkloru i do dziś jest wiodącą imprezą. Przegląd Zespołów Kolędniczych - miał był imprezą, która przypomni nam tradycje Świąt Godnich, kiedy odgrywało się widowiska Jasełkowe. Wielkie oparcie mieliśmy w Szkółce Tańca, oraz Polskich Szkołach Sobotnich, które to rokrocznie przygotowywały pod nadzorem nauczycieli bardzo ciekawe widowiska z różnych stron Polski, z tego świątecznego okresu. W jury Przeglądu zasiadały znane i cenione osobistości ze środowiska polonijnego; wymienić tu trzeba koniecznie autora słynnych „Czerwonych Maków spod Monte Casino” Feliksa Konarskiego „Refrena”. Imprezy te do dzisiaj istnieją i są motywacją do pracy regionalnej całego tutejszego polonijnego środowiska.

W 2009 roku minęło 35 lat mojej pracy, na rzecz kultury regionalnej, poświęconej ziemi naszych ojców, ich tradycji, aby będąc na obczyżnie, daleko od rodzimych korzeni ich cząstka „nie zatraciła się”, nie dała się zadeptać w pośpiechu cywilizacji, w wypolerowanym tłumie.

Za ogólną działalność społeczną i regionalną zostałem wyróżniony Złotym Krzyżem Zasługi przez prezydenta RP, śp. Lecha Kaczyńskiego.

Andrzej Pitoń-KubówA co dziś?
Dziś, można by było stwierdzić z całą stanowczością, że przesiąknięty już jestem amerykańskim trendem, bo przecież tyle lat obcowania w Ameryce, na tutejszych wzorcach, chyba do tego motywuje. Czasami tak, czasami nie. Zdaje sobie sprawę, że to co dzisiaj mamy na świecie, zawdzięczamy w dużej mierze Ameryce. Pogardliwie się mówi, że Ameryka, to taki „żandarm świata” ale chyba dziękujmy Bogu, że jest Ameryka, że świat ma takiego „żandarma”. Wydawać by się mogło poniekąd, że pokonany został faszyzm, socjalizm, komunizm ... chyba są już prawie że pochowane ... ale, nagle - znów pojawiło się nowe niebezpieczeństwo, które - światu zagraża. Jest nim islamski fundamentalizm, fanatyczny, międzynarodowy terroryzm.

11 września – Ameryka, została zraniona, cały świat został zastraszony ...

Polubiłem Chicago, tutejszych ludzi, którzy nie mają manii uprzedzeń rasowych, narodowościowych, ani religijnych, są w miarę tolerancyjni, mają szacunek dla języka, innych kultur, oraz otwartość na ich wpływy w diasporze.

Tu wszyscy ludzie są braćmi, a ich praca - modlitwą!

A jak dziś się ma z moim wierszowaniem po góralsku (zdajaniem wiersyków)? Czasami coś tam tworzę. Raz się uda więcej, raz gorzej ... w zależności od dyspozycji i czasu. Czasowo - różnie to wygląda. Niekiedy dłuższe przerwy bywają i nic, czasem całą serię się spłodzi, gdy myśl się łatwiej prowadzi. Pisanie traktuje jako rozrywkę umysłową, w rodzaju łamigłowek, w momentach istotnych lub niespodziewanie, gdy zwracam na coś bardziej wnikliwą uwagę, na coś co mnie inspiruje, zastanawia w sobie, w drugim człowieku, jest ciekawe lub charakterystyczne – po prostu inne. To taka moja wewnętrzna potrzeba swoistej filozofii... Emigracja słów z siebie, ucieczka na zewnątrz, sposób na tożsamość.

Andrzej Pitoń-Kubów z małżonką

 

Tematykę znajduje w życiu i otoczeniu, cały czas obserwuję i podglądam bieg czasu, co w świecie się dzieje, wokoło nas samych: odczucia, przeżycia, odleglejsze wspomnienia, śmieszne, mądre, głupie sytuacje - przemyślam i niekiedy przelewam na papier. Potem - kombinuję, przestawiam, coś dodaję, wyrzucam, złoszczę się - gdy nie po woli, wtej głośno przeklinam. Domownicy wiedzą, że tworzę, albo bardziej dobitnie – że czas po próżnicy marnuję ..., a przecież bardziej pożytecznym by było coś dla domu zrobić za tyle spędzonych na kombinacjach godzin? Być może, że przeskakuję wtedy do innego stanu świadomości, aby resztką siebie w sobie ocalić.

 

Szczerze powiedziawszy, do pisania poezji nie mam praktycznie żadnego przygotowania, ani dydaktycznego, ani polonistycznego. Jestem samoukiem. Wiem o tym dobrze, nie mogę powiedzieć że nie - przecież w poezji są obowiązujące zasady, są reguły rymów, jest mnóstwo innych obwarowań, którymi kieruje się klasyczna poezja, ale mnie z tym wszystkim jakoś nie po drodze. Czasami próbuję dopasować się do reguł, ale po kilku wersach błądzę. Jako amatorowi będzie mi to na pewno wybaczone. W tym co do tego czasu napisałem, pozwoliłem sobie uciekać od wszystkich panujących zasad, utartych reguł, modowych schematów jakie w pisowni obowiązują. Taki właśnie układ jest mi na rękę, gdzie nie musi się wiedzieć jak i gdzie używać interpunkcji. Dlatego, dla asekuracji bądź niewiedzy, zaczynam małą literą, kończę małą, nie daję kropek ani przecinków, najwygodniej potocznie, bez rymu.

Takim nurtem, moja gminna powiastka się toczy, własnymi śladami, kocimi ścieżkami, mlecznymi drogami, topniejący na Giewoncie śnieg, śnieg ... Piszę tak, jak mi w duszy grają nastrojone myśli, czasem weselej pod nogę, niekiedy smutno i gorzkawo … Na pewno nie są to wypolerowane osiągnięcia, ale musicie mi wybaczyć moje amatorstwo i tylko tak proszę wszystko odbierać, jako czeladnika, praktykującego wciąż samouka, chyba z potrzeby serca i duszy piszącego.

Tak chciałbym być postrzegany, jako ktoś, który swoją szarą robotą nie zanudza doszczętnie, ale daje odrobinę cienia, troszkę radości, nadzieji, refleksji nad życiem, nad światem. Ale czy tak jest? Niech będzie jasne, że dla mnie ważne jest mówienie swoim własnym językiem, mówienie do ludzi, moich rodaków, o sprawach dla mnie ważnych, które nie tylko i wyłącznie mnie samego dotyczą, ale mogą mieć podobieństwo również w otoczeniu. Nie bardzo lubię używać słów wzniosłych; natchnienie, wena, sztuka słowa, itp. są wyolbrzymieniem swojego rodzaju. Każdy poeta to indywiduum ... z drugiej strony – rewolwerowiec, trafiający w gust odbiorcy. Mnie się wydaje, że każdy piszący miewa momenty iluminacji ... nazwijmy wewnętrzną potrzebę, która chodzi po głowie, musi być wyzwolona, siedzi w głębi, czeka, dojrzewa, kotłuje się, kłębi w rozciągłości, powinna się wydostać, uwolnić, najlepiej jej w formie poezji.

Z poezją jest jak ze śpiewaniem, każdy może, ale nie każdy potrafi tak w miarę dobrze.

Dlatego tworzy się konkursy, przeglądy, kategorie; amatorów, mistrzów, arcymistrzów, albo jak moja ... sobie i muzom, do szuflady ... tu kiełkuje!

Z góralskim pozdrowieniem,
Andrzej Pitoń-Kubów

----------------------------------------------------------

Milo słyszeć, że rozesłane do kilku osób materiały [...] spodobały się. Czytelnikiem strony: www. koscieliska.pl, jestem niemal od samego początku jej istnienia, gdyż Śp. Marysia Karpiel-Bętkowska, nota bene - moja kuzynka ze strony jej matki Janiny, która była córką Antoniny z domu Pitoń, ta zaś była siostrą mojego ojca Stanisława Pitoń-Kubowego, utrzymywała ze mną korespondencję mailową; posyłała mi również najświeższe informacje, co dzieje się w Związku Podhalan, w Polaniorzach i we wsi. Kiedyś na samym początku lat 70, wraz z Józkiem Bukowskim-Tyrałą, Wackiem Przeklasą, Wojtkiem Karpielem i inni... re-organizowaliśmy Odział Związku z powojennego zastoju, jak również zakładaliśmy Zespół Polaniorze, byłem jego pierwszym kierownikiem i organizatorem imprez i wyjazdów. Jest to udokumentowane [...] w historii Związku i Zespołu. Zacięcie do pracy społecznej mam w genach po rodzicach... ojciec wraz ze St. Nędzą-Kubińcem, (który spokrewniony był z moją matką - z domu Nędza), działali społecznie na rzecz Kościelisk, zakładali przed wojną Związek Podhalan, budowali Dom Ludowy, jest o tym również opisane przez Edka Styrczulę-Maśniaka, (na stronie.www.koscieliska.pl/zwpodh.html).

W 1979 roku wyjechałem z delegacją Związku Podhalan w Polsce do Ameryki, na zaproszenie tutejszego Związku, na jubileusz 50 lecia istnienia... i tak jakoś się poskładało, że niedługo wybuchła wojna jaruzelska, wilcze bilety dla działaczy solidarnościowych - przyjmowaliśmy ich tutaj, pomagało się im stawiać pierwsze kroki, potem górale w Chicago zaczęli budować nowy Dom Podhalan, w 1983 roku, w którym trzeba było zorganizować zespoły, szkółki tańca, w 1984, wszedłem do zarządu Związku Podhalan w Ameryce, (www.zppa.org) zostałem V-ce Prezesem ds. Kultury i Administracji... tu, organizowałem pierwszą wielką imprezę pod nazwą „Na Góralska Nutę”, która co roku jest kontynuowana i jest to główna impreza kulturalna, i tak - zasiedziałem się. Aż do dzisiaj.

[...] Mam parę jeszcze artykułów, dotyczących ciekawych rzeczy, osadników, ale również mojego rodu Pitoniów, bo czterech - w przeszłości - wyjechało w świat w latach 1866 -1879, dwóch zdezerterowało z austriackiego wojska, gdy jeden był ranny na italiańskim froncie, podczas wojny francusko-austriackiej na terenie Lombardii i Piemoncie, w 1859 roku, wyjechali do Ameryki z Włoch, przez Francję, Niemcy. Byli pionierami z Podhala, gdyż z nimi przyjechało jeszcze kilku dezerterów. Jestem w trakcie pisania ich życiowych historii i pobytu w USA.