Pamiętnik Andruszkiewicza Jana Organisty
spisany ołówkiem w więzieniu przez Zygmunta Kaczkowskiego
Wybuch powstania w Chochołowie tak się zaczął i odbył: W sobotę, tj. 21. lutego 1846 jadąc ksiądz Kmietowicz wikary chochołowski z organistą Andrusikiewiczem, z Poronina od księdza Głowackiego przez Witów (wieś do Chochołowskiej fary należąca) mówili znajomemu gospodarzowi, iżby z kilku chłopami przyszedł wnet do Chochołowa i że coś ważnego ma im się powiedzieć.
Przyjechawszy do domu, organista kazał zwołać kilkunastu do siebie, gdzie im razem z ks. Kmietowiczem przedstawili o co rzecz idzie, a gdy im powiedzieli, że to w całej Polskiej ziemi dziś powstają, niedługo się namyślali. Z dziesięcią pikami, które oddawna były w kościele, poszli więc do pomieszkania strzelców granicznych (Finanzwache) w liczbie 8, które prawie w środku wsi było, a że Andrusikiewicz bywał czasem u nich, nie dziwiło ich, że przyszedł i teraz wieczorem. — Po zwykłem powitaniu w krótkości im powiedział, że powstanie się ma zacząć w całej Polsce. — W tem chłopi wpadają i na skinienie Andrusikiewicza i ks. Kmietowicza zabierają im karabiny, nie uczyniwszy najmniejszej krzywdy żadnemu ze strzelców, zapewnili ich bowiem, że to nie mordy, ale uczciwe, porządne powstanie, a widząc księdza w komży i stule, z krzyżem w ręku, — uwierzyli, a więcej jeszcze dla tego, że chłopi byli w izbie i pod oknami, więc nie brali się do odporu. — Zostawiono ich rozbrojonych pod strażą; jednego tylko — co sobie zuchwale poczynał — powiązano powrozem, a jeden poszedł z nimi. — Stąd poszli na cło pograniczne w Suchej-Górze, już na Orawie, małe pół mili od Chochołowa.
Lebiocki strażnik finansowy stał w służbie za Chochołowem na drodze do Suchej-Góry. Powstańcy biorą go ze sobą, ksiądz z organistą opowiadają mu o co idzie, — on przystaje. Organista mu zawierzył, bo się często uskarżał na prześladowania od swych przełożonych. Idąc, po drodze obszerniej mu wyjaśnił rzecz (ksiądz i organista jechali), a on z całą duszą przystał. — Przybywszy na trzycatek (komorę) Lebiocki puka do okna i powiada na zapytanie poborcy cła, że z Romanii od komisarza, (a kilku chłopów poszło do wójta i kilku gospodarzy z gromady Suchogórskiej). — Poborca wpuszcza do środka, ksiądz i organista wchodzą na czele chłopów; ten przestraszony nie wie — co to ma znaczyć, — chce pytać przyczyny, — organista wziąwszy go za obie ręce — rzekł mu: »Niebój się pan niczego, powstanie w Polsce dzisiaj«. Ksiądz mu tłumaczy i zażądali pieniędzy cłowych, jakoteż i rejestra.
W tem przychodzą chłopi suchogórscy z wójtem, (liczby chłopów z pewnością nie wiedzieć, ale zawsze z kilkudziesiąt ich w gromadzie). — Poborca powiada: Dobrze, tylko proszę o zakwitowanie. — Przerachowano pieniądze w obecności poborcy (Laska z nazwiska) i chłopów suchogórskich, oddano im 150 fi.c.m. opłaty węgierskiej, aby to zachowali i o tem do stolicy orawskiej znać dali, a 600 fi. c. m. wzięli, co było z cła galicyjskiego.
Nie zaniedbano zrobić naszym chłopom uwagi, — jaka różnica, o ile więcej my opłacać musimy. Kwit na to natychmiast napisał Ks. Kmietowicz w te słowa : »Na rozkaz Naczelnika Powstania w obwodzie sandeckim zabierają niżej podpisani te pieniądze do skarbu — na potrzeby Ojczyzny Polski«.
(Podpis) Kmietowicz, — Andrusikiewicz — powstańcy, data.
— Orzeł dwugłowy potrzaskany na komorze. —
Odbywszy się tu, — wrócili do Chochołowa i natychmiast poszli i pojechali do Witowa, (skąd także chłopów kilku już było z nimi na cle) — do koszar strzelców pogranicznych na górnym końcu wsi Witowa tuż przy leśniczówce (mieszkanie leśniczego), gdzie strzelców także po 8, — jak w Chochołowie.
Tu Lebiocki tak samo, jak na cle, otworzył drzwi bez hałasu: wpadłszy — zastał strzelców w łóżkach, którzy przestraszeni na widok księdza w komży i z krzyżem w ręku i chłopów dookoła, — nie wiedzą, co robić. — Gdy organista mówi do nich o co idzie, chłopi zdejmują z kołków karabiny i zabierają im pałasze. — Tu z nimi nikt nie poszedł, tylko powiedział jeden do organisty, — że gdyby tak wszędzie było Powstanie, to oni się dołączą. — Zostawiono ich bezbronnych, a powstańcy poszli do nadleśniczego w sąsiedztwie koszar, a od Chochołowa 1/2 mili. — Tu wszedł tylko ksiądz z organistą; chłopom nie dali wchodzić, — bo się bali, by się który nie chwycił do nadleśniczego, na którego złość mieli z powodu lasowych ździerstw, a że sobie z organistą byli kmotrami, pięknie wyłożywszy mu powód powstania organista zabrał strzelby i formę do lania kul, zapewniwszy go, że mu to będzie zapłacone, tylko że teraz potrzebujemy. (Nadleśniczy rodem z Morawy, z nazwiska Sochor).
Gdy to w Witowie się dzieje, góral jeden z rozkazu organisty wpada do leśniczego w Kościeliskach — (0.72 mili od leśniczówski w Witowie — w górę pod Tatry) i powiada: »Panie! — wojna; strzelby trza dać!« — Ten zdziwiony patrzy — czy góral oszalały, a góral zdjął z kołka podobno 3 strzelby i poszedł z Bogiem; drugi góral stał pod oknem. — Odpocząwszy u nadleśniczego, — powrócili do domu, a Witowianie zostali w swoich chałupach, jednakże im rozkazano: »jutro do kościoła — kto żywy!« — Tak się odbyło rozbrojenie, wszędzie jak najgrzeczniej, bez hałasu, bez pokrzywdzenia pojedyńczych osób. Przybywszy do domu, organista z wziętych na cle pogranicznem pieniędzy — wypłacił dziennie po pół dwacatnika (t. j. po 10 kr. m. c.) chłopom; na następny dzień (22) dał parę reńskich — aby przynieśli wina (bo gorzałki nie pili) i pokrzepili się trochę, co uczyniwszy rozeszli się z nakazem, aby byli gotowymi.
— Wkrótce świtało. — Organista spocząwszy trochę, nad świtaniem (ksiądz więcej spoczywał, bo powróciwszy z Witowa poszedł zaraz spać) idzie rano do proboszcza i mówi: »Księże proboszczu — Powstanie«. — »Co pan mówisz?« — odrzekł tenże. — »Tak jest Strażnicy rozbrojeni, na komorze pieniądze wzięte«. — »A kiedy?« — pyta pleban. — »Wczoraj wieczór« — odrzekł Andrusikiewicz, — »ale (mówi dalej) nie radziłbym księdzu proboszczowi sprzeciwiać się temu, bo za siebie nie ręczę i mogłyby wypaść złe skutki dla jego osoby«.
— Około godziny 10. z rana w niedzielę (22.) jechał żyd z Czorsztyna; pyta się go organista: »Skąd jedzie? co słychać?« — Żyd na to: »Wszędzie cicho, spokojnie, tylko na dole chłopi ponoć mordują i rabują — (w Tarnowskiem i Bocheńskiem). — Zwątlał na sercu na taką wieść organista, nic nie mówi, — aby jemu nie osłabić ducha. — Jednakże cofnąć się nie można — co już ruszyło; trza dalej popychać. — Osłabiony znużeniem, niewyspaniem, radością upojony, zdał się oragnista księdzu upitym, co mu za złe bierze; ale na tem się tylko skończyło, że organista mu tylko powiedział, — że się myli.
— Przekupnie soli i podrostki z wolnym tytoniem i z tańszą solą z Orawy przyniesioną (po 2 kr. m. c funt) spieszą na rynek, aby po skończonem nabożeństwie sprzedać. — Nabożeństwo odprawił ks. Kmietowicz najuroczyściej — z wystawieniem świętości; nieszpór zaraz po sumie; poświęcił broń odebraną, a mową — którą miał — tak lud rozrzewnił, że płakali jak bobry; przedstawił o co chodzi, zachęcił, błagał pomocy i błogosławieństwa Niebios, nareszcie zalecał, aby każdy miał ze dwa moskale (placki owsiane w torbie, kierpce nowe; na przypadek zdarcia onychże łaty i dratwy, — dobre cuchy, (gunie) i serdaki (na kształt kamizelki z baraniej skóry) pod cuchą, bo się w dalszą drogę trza będzie wybrać, t. j. ku Wadowicom.
— Po skończonem nabożeństwie zaczęli chłopi w Chochołowie kosy klepać, a kowal piętki w tychże prostować. — Z innych wsi jakoto z Witowa, z Cichego i z Dzianisza pobiegła dziatwa do domu to samo robić co i w Chochołowie t j. wybierać się na wojnę; ale nie wszyscy mogli się zgromadzić tak łatwo, jak Chochołowianie, bo dalej, drudzy trochę bliżej mieli do domu; byli tacy, co milę drogi po nabożeństwie (około 2-giej godziny po południu) musieli przebyć, na placek kobieta w piecu zapalić, upiec go musiała, przystroić się w dobre obuwie (kierpce) i odzienie (cucha) musieli; — zatem nie mogli zaraz z wieczora stanąć w Chochołowie, przy tem — że wielkie śniegi upadły. — Gotowi Chochołowianie i bliżsi Chochołowa już przed wieczorem byli. Zgromadzili się w domu naprzeciw wikaryówki i czekali więcej towarzyszów.
— Ksiądz i organista nie zaniedbali im wyłuszczyć obszerniej. — Pierwszy, — czy że go jakaś mała bojaźliwość opanowała, czy też innemi słusznemi przyczynami powodowany, — do zgromadzonych Podhalan w liczbie do 300 — ze trzy, — czy cztery razy powtarzał, — że on nie przymusza, każdy dobrowolnie niech idzie (zapewne sumienie lękliwe, aby mu nie wyrzucało, — że był powodem klęsk, które może przeczuwał, tak mu postąpić kazało). Organista radził pochód ku Czarnemu Dunajcowi (1 milę). — Żony mężów, — 'matki — synów, siostry — braci żegnały i błogosławiły (szczęściły). — Pewna żona, żegnając męża, — o którym Andrusikiewicz powiedział: »Byłby to drugi Bartosz«, — całowała go po rękach mówiąc: »Idż mój Wojtasku, — a trzymaj się dobrze!« — Gdy stanęło na tem, aby przed świtem ruszyć, — ci, którzy mieli bliżej do domu porozchodzili się jeszcze do swoich, a Kmietowicz poszedł się położyć, jako też i organista, postawiwszy czaty na końcu wsi.
— W miejscu zgromadzenia było kilkudziesiąt (może 60 do 70) ludzi. Lecz wkrótce dał się słyszeć krzyk i uderzono w dzwony. — Dowiedziawszy się o wczorajszych wypadkach w Chochołowie, Suchej Górze i Witowie nadkomisarz finansowy Molitoris w Nowym Targu (3 mile od Chochołowa) pozbierał strzelców ze Załucznego, Czarnego Dunajca i Podczerwiennego, a Kulczycki mandataryusz w Czarnym Dunajcu wpadłszy do kościoła (przed — czy podczas nabożeństwa ? — lecz ludzi pełno było) zawołał głosem donośnym: — »Urlopnicy! wychodźcie z kościoła, bo Chochołowianie idą na Dunajec rabować, palić wieś już i komorę w Suchej Górze zrabowali, a ksiądz i organista som na czele«.— Przestrach pomiędzy lud się wcisnął.
— Tak więc nadkomisarz Molitoris posłał komisarza Fiutowskiego na czele przeszło 20 strzelców, a Kulczycki na czele kupy Czarno-Dunajczan, Podczerwieńczan i urlopników, którzy wieczora umyślnie czekali, aby Chochołowian (jak sądzili) na śpiączce zastać. Kiedy nadciągnęli oni do Chochołowa, czaty dają znać, oni tuż za czatami, bo noc była ciemna, choć oko wykol.
— Na powstały krzyk — wybiega ks. Kmietowicz, który jeszcze nie spał — w koszuli tylko płaszcz zarzuciwszy na siebie; idzie naprzód, organista biegnie do chłopów, którzy już wyszli byli z domu, — bo nie spali, szykuje ich i prowadzi.
— Kmietowicza pytają: »Kto tam?«... — »Ja, ksiądz«! — » Pal do niego!«... On się trochę zawrócił, ale strzał wpadł mu do prawej ręki, niżej ramienia i kawałki sukna z płaszcza wcisnął z sobą do ciała. — Gdyby się był nie zwrócił, byłby w piersi dostał; chyla się po pistolet, bo mu z ręki był wypadł, drugi strzał kaleczy mu palce; a tak musiał wszystkiego zaniechać i pójść do najbliższej chałupy, gdzie mu zawiązano ranę; trzeci strzał, wymierzony na niego — trafił woźnicę, który był przyjechał z komisarzem Fiutowskim.
— Gdy się to dzieje, przychodzi organista ze swoimi i spotykają się przy organistówce, o 6 może kroków od (tu nieczytelne), idą na bagnety i kosy, dowodzi Andrusikiewicz; z dwururką na plecach, a pałaszem w ręku idzie na Fiutowskiego; ścierają się tak mocno, że za trzema lub czterema cięciami padają obaj na ziemię; strzelcy to zobaczywszy — w nogi, za nimi Czarno-Dunajczanie, ile sił.
— Byli jednak między nimi dobrzy ludzie, i w ostatku Kulczyckiemu też nie we wszystkiem wierzyli, — wyjąwszy kilku.
— Oczyściwszy plac boju, zaczęli się Chochołowianie mścić na poległych, a gdy ich dusili, organista ocknięty uderzeniami — woła: »Stójciel — bo to ja«... — A wnet krzyki: »Nie bij, — bo to organista« — dały się słyszeć.
— Pewien — gdy siedział na komisarzu, kulka — za poruszeniem przypadkiem cyngla u strzelby — przeszyła mu kolano; na drugi dzień umarł. To drugi co z naszych padł, mało żywy i wkrótce skończył, a z ich strony także poległ strażnik od chochołowskiej kulki, a że dwóch naszych po łydkach śrutami dostało; zdaje się — że mało było kulami nabitych nieprzyjacielskich karabinów i z naszych może parę.
— Przyszedłszy do siebie organista, kazał przynieść latarnie, komisarza zanieść do swego pomieszkania, trupów sprzątać, rannych zaopatrzyć. — Fiutowski miał głębszą ranę jedną; — organista jednę płytszą niż tamten, drugą mało znaczącą, obadwa od pałaszów, oba w głowę byli ranni; prócz tego organista bagnetem pchnięty — gdy już leżał na ziemi — w brzuch, ale tak szczęśliwie, że bagnet trafiwszy na rzemień od pałasza, szeroki na cal, — zatrzymał się na nim i tylko skórę na brzuchu przebił, nie naruszywszy kiszek, coby się było nieomylnie stało, gdyby nie był dosyć dobrej tuszy.
— Mając jeńca u siebie, obszedł się jak z przyjacielem i rodakiem, w którym jeszcze nie doczysta widział wygasłą miłość Ojczyzny; jak ludzkość kazała opatrzył i kazał obwiązać mu rany, ustąpił mu łóżka; sam — więcej ran odniósłszy na ławie się kładzie. Ażeby się nie podać w podejrzenie u górali — przyrzekł im nie mówić po niemiecku, tylko po naszemu, dla czego i straż u siebie zostawił; a gdy się komisarz coś był po niemiecku odezwał, chciał go na straży będący góral bić, lecz organista poskoczył, chwycił pod gardło i odtrącił go rzekłszy: »Bić się — na wojnie, ale nie — rannego na pościeli«. —
Rano w poniedziałek (23. lutego) Chochołowianie z organistą i księdzem radzą — co robić? — widzą— że ci ranni, radzą nad ich ucieczką do Węgier (do Orawy), ale jeden i drugi, osłabiony zbytnim wylewem krwi — iśćby nie mogli. — Jadąc drogą, lada gdzie by ich zatrzymano; przesmyknąć się lasami w żaden sposób nie można, bo śniegi w pas.
— Z rozkazu organisty biegnie młody, szybkonogi góral na wierzch Cerchlicy, czy nie widać co od Czarnego Dunajca. — Niedługa chwilka, a on już z powrotem; powiada, że moc chłopstwa ku Chochołowu ciągnie. Chłopi biorą organistę na włóki (sanie) i uwożą do wsi Cichego — w góry. — Chcą i z Kmietowiczem to zrobić, lecz on nie chce. Zostaje u proboszcza na łożu — mało żywy, radząc do poddania się. — Przybywszy na czele strażników, — co wczora z Chochołowa uciekli — nadkomisarz Molitoris, — a na czele mnóstwa — prócz wczorajszych — jeszcze ze wsi Wróblówki, Koniówki chłopów, Kulczycki pod Chochołów, wołając i pokazując zatlone, dymiące się kłaki. — grożą: że wieś spalą, — jeżeli się nie poddadzą. — Stary Chochołowiak nazwany Piasek — przypina na żerdkę białą płachtę i idzie naprzód. — Strażnicy, a za nimi urlopnicy z chłopami przybytymi biegną wprost na plebanię, wikaryówkę i organistówkę, tłuką okna i zabierają, co znajdują; plebanowi spiżarnię — choć małą — złupili, okna potrzaskali; jeden ze strażników chce na łóżku leżącego Kmietowicza bagnetem przebić; wtem przyskakuje nadstrażnik, odpycha go, — mówiąc: »Widzisz, że już mało żywy!« — Wzięto więc Kmietowicza krwią zbroczonego, w sutannie tylko księżej i płaszczu i przywieziono go na Czarny Dunajec, skuto go w okowy 10 funtowe; nie darowali też kilku chłopom chochołowskim, zbito i powiązano wielu, zrabowano kilka chałup; Lebiockiego strażnika w pokładanego bili nahojczykami (ladsztokami) tak, że mało go nie zabili.
— Lud płakał, widząc wikarego rannego i tak haniebnie pojmanego. — Poszli za organistą do wsi Cichego i z daleka wołali — by go Cichowianie wydali, jeśli nie chcą widzieć domów swoich w płomieniach. — Donoszą to Cichowianie organiście i mówią, że oniby jeszcze potrafili ich odeprzeć, ale widząc organista i oni — że toby było nadaremno, zapłakali nad nim, zaprzęgli konie i odwieźli spowrotem do Chochołowa. — Tu — do leżącego na saniach przybył poborca cła z Suchej-Góry Laska, leżącego policzkował, na co ten mu powiedział: »Czym i ja się tak z panem obszedł?«... — Nic nie powiedziawszy — poborca zawstydzony odszedł. — Zawieziony potem do Czarnego Dunajca, gdzie niektórzy miejscowi naigrywając się z księdza i organisty — Chochołowian bili i kaleczyli; jednemu głowę kołem żelaznym rozbito, drugiemu czaszkę widłami od siana przebito; ten ostatni był przysiężnym w Chochołowie.— Stąd zawiezieni do Nowego Targu z kilkudziesiąt góralami, a dużo zostało w więzieniu Czarnodunajeckiem. W Nowym Targu opatrzył lekarz Andrusikiewiczowi rany na głowie, poczem mu się ulżyło. — Nabito na niego okowy 6 funtowe, a gdy posłyszano, że jacyś ludzie zbliżają się ku Nowemu Targowi (była to czereda rabusiów) nadkomisarz sądząc, — że to powstańcy, kazał powiązać wszystkim ręce w tył i nogi popod kolana, a od Andrusikiewicza żądał słowa honoru — że się spokojnie zachowa, co on też uczynił. — Tu kilka dni siedzieli, gdzie śledztwo z nim przedsięwzięto. — Wezwano też pisemnie księdza Głowackiego z Poronina, by się stawił do Nowego Targu, co uczyniwszy — okuty zaraz i razem z Chochołowianami 6 marca 1846 do Nowego Sącza odstawiony został. — Jadąc, mogli wyczytać po drodze współczucie i litość u ludu — gdzie przejeżdżali; i tak — w Maniowach, gdy stanęli na popas, ludzie w płacz, ale oficer prowadzący kazał natychmiast za wieś ruszyć i tam popas skończyli. — W Sączu — ksiądz Kmietowicz trącony przez nielitościwego dozorcę Piskozuba — wpadł po schodach do piwnicy, gdzie wszyscy przez 7 tygodni byli trzymani a dwaj górale nogi odmrozili. —
— Przyczyny powstania. —
Nie jednęby można tu przytoczyć i nie z ostatnich czasów; oddawna i różne okoliczności miały wpływ na to, — z których celniejsze przytoczyć nie zawadzi. Państwo Czarny Dunajec, którego Chochołów zwyż wzmiankowanemi wsiami większą część stanowi, należało jak inne w tamtych okolicach do kamery; potem je kupił Pajączkowski. Ten widząc dobry byt jego mieszkańców, radził im by się wykupili; i [...] złożyli coś pieniędzy; potem przeszło pod Szczurkowskiego, nareszcie przyszedł w posiadanie tegoż nieprawemi drogami baron Borowski. — Ten zaszczepił nieobyczajność, prześladował uczciwych, co się upominali o swoje, prawując i procesując się prawie przez lat dwadzieścia, — nie mogli górale przyjść do posiadania tych wolności, — które okupili; prześladował ojców, którzy mieli urodziwe córki, gdy je kryli przed jego sprośnemi żądzami: w roku 1834 lub 35 kazał strzelać do ludzi, co nie chcieli dać sobie bydła zabrać na halach, a robił te nadużycia bez karnie, rządowi zawsze przedstawiał, że to lud dziki. — Takie postępowanie zniechęciło ich srodze, a choć w roku 1843 państwo to przeszło pod opiekę księdza Wilczka, który nie takim pokazał się później jak z początku, tem więcej nie byli zadowoleni. — Łatwo więc można ich było poruszyć księdzu Kmietowiczowi, który tam dwa lata był i dał się im poznać ze strony najlepszej i Andrusikiewiczowi, który tam 12 lat będąc, nie mało dobrego dla nich zrobił, znał ludzi — którym zaufać można i nie omylił się — komu powierzyć tajemnicę; ale przepomnieć nie należy, że ani sam Andrusikiewicz, ani sam Kmietowicz nie byliby tego zrobili, co wspólnie obaj dokazali, każdy ze swego stanowiska. Kmietowiczowi lud uwierzył — z kazalnicy mówiącemu; chłopi poszli za swoim dawnym w przygodach i procesach doradcą, a młódź była za swoim dawnym profesorem. — Wzywał ksiądz Janiczak ze Szaflar w Białym Dunajcu chłopów, ale nie poszli za nimi, bo nie tym sposobem ująć ich sobie umiał, jak Kmietowicz i Andrusikiewicz. — Przemówił był coś i ksiądz Głowacki do ludzi w Poroninie, ale czekał na część Chochołowianów, — bo sam był. — Przed Andrusikiewiczem jeszcze był tam (w Chochołowie) proboszcz Bańkowski i organista Białoński, którzy nad szkółką pilnie pracowali tak, — że dwie części w parafii Chochołowskiej z młodszych umieją czytać; przez co myśl się ich rozwinęła lepiej — niż gdzieindziej.
— Krąży pomiędzy Podhalanami powiastka o królu Bolesławie, co świętego Stanisława porąbał, że śpi zaklęty z wojskiem w jamie — niewiadomo której, i że to wojsko wtedy wyruszy, jak go Polska potrzebować będzie. (Ta sama powiastka jest pod Babią Górą — iż w Babiej Górze leży to wojsko). Nie zaniedbano tedy powiedzieć Podhalanom, że owem wojskiem nie kto inny — tylko oni sami. i to — nie mała pobudka. (Podhale — znaczy Tatry — w wysłowiu tamtejszem). Wiara przepowiedni dawnych przodków, którzy często byli mawiali: że nie będzie dobrze na świecie, —póki — czerniawa nie ruszy, i że się kiedyś tak stać musi. (»czerniawa«, pospolite ruszenie ludu). Starzy mawiali: »hajnol hajna! nie będzie dobrze, — póki nie będzie pod Krakowem straszna wojna«, (teraz to rzadko słychać, tylko — że starzy powtarzali), — zdaje się, — że i to musiało się przyczynić do poruszenia.
— Górale nie siedzą w doma, jeżdżą oni tam i sam, słyszeli więc mowę, jaka była przed poruszeniem; wieściom fałszywym nie chciało im się wierzyć, bo się im to przecież nie zdawało, aby panowie mieli ludzi zarzynać. — Trafił który z nich na człowieka, któremu uwierzył, prawdę góral usłyszał, która to prawda zupełnie się zgadzała z tem, co ksiądz i organista przed wybuchem do nich mówili, widzieli więc, — że ich nie zwodzą; słyszeli wreszcie o poruszeniach Tarnowskich i Bocheńskich — choć nie we własnym kierunku, jednakowoż tego nie wiedząc — nie ociągali się powstać.
— Jakież jest piękno duszy tych górali — pokazało się najlepiej po klęsce poniesionej, biciu, kaleczeniu (jako i więzieniu, kiedy mówili sobie: »Oj, jakoś to Bóg dał, że niebardzo bolało«). Ów, któremu kula przy organistówce kolano przeszyła te same słowa, gdy się go pytano — czy boli i cierpi — spokojnie odpowie dział: »Nie bardzo boli«. — Gdy się Kmietowicz dowiadywał — czy go nie przeklinają? ci, gdy się ich pytano — czy się nie gniewają na niego — że takiego ich cierpienia stał się przyczyną? — odpowiedzieli: »Cóżby my się mieli gniewać?... on tego z palca nie wyssał, on chciał dobrze, tak miało być, Bóg lepiej wie — co robi«. — Gdy we więzieniu sandeckiem jeden młody, niedoświadczony, był klął na... »taką robotę« — reszta, co z nim siedzieli, — swoi, dali mu w pokładankę kilka plag dla nauki, żeby raczej lepiej Boga prosił, aby dopomógł przecierpieć, że nie on sam siedzi, a różni tu siedzą. — Głód okropny cierpiąc, w więzieniu prosili Boga, aby też jeszcze im pozwolił raz sobie podjeść i fajki pokurzyć przed śmiercią. — (poszła pogłoska — że będą wieszani) — Oto obraz podhalańskiej duszy.
— Po poddaniu się, w Chochołowie — rozszerzają się wieści, że już w Nowym Targu słupy stawiają na tracenie więzionych; — trwoga nadzwyczajna, którą tylko myśl na wszechwładnego Boga łagodziła, — później ustawicznie w kościele, — w dzień niedzielny modły do Najwyższego za swymi, księdzem i organistą zasyłali. — Za orła musieli zapłacić 20 fl. con. mon. i za przewodnictwem księży Jezuitów z procesyą zanieść na cło Suchogórskie, gdzie ksiądz Jezuita miał mowę taką: (słowa pewnego górala) jak gdybyśmy największymi zbójcami byli « ... — W tej chwili, żeby się była ziemia rozstąpiła, chętnieby był niejeden skoczył w grób.
— Odwiedzały często żony mężów, kochanki narzeczonych, siostry braci; a z daleka patrząc na okowy i łańcuszki, którymi byli pokuci mili ich sercu, — łzami się oblewały. — (Było to nieraz podczas przechadzki na dziedzińcu). —
Te wiadomości są prawdziwe, gdyż ich źródła są: Andrusikiewicz, Kmietowicz, górale ci sami, o których mowa i kilka świadectw osób różnych, jednakowo rzecz potwierdzających, wreszcie sam pisarz, który był prawie naocznym świadkiem.
PS. Został ten akt dokładnie skopiowany z oryginału, znajdującego się w posiadaniu Muzeum Nar. Polsk. w Rapperswylu.
— Rapperswyl, 1 czerwca 98.