Andrzej Pitoń-Kubów
wiersze, teksty z archiwum
POWSTANIE CHOCHOŁOWSKIE · Życiorys ks. Głowackiego


Życiorys księdza Głowackiego.

Michał Głowacki (zwany jeszcze ze szkół Świętopełkiem, tak — jak Kmietowicz – Matusem) urodził się w roku 1804 w parafii Janowickiej, w obwodzie Sandeckim, gdzie ojciec jego był mandataryuszem,— matka żyje po dziś dzień w Starym Sączu; brat Franciszek tamże krawcem, Feliks księdzem, Marcin w lndii — przy kopalni cynobru, siostra jedna zakonnicą, dwie zamężne w Starym Sączu.
— W pierwszej łacińskiej klasie będąc w Tarnowie, przed surowością ojca uszedł 10-letni chłopak do Lwowa, do ciotki. Tu, gdy ojciec po niego przyszedł — ukrył się. Wynaleziony ledwo, wzięty do domu, szedł z ojcem piechotą, miał więc być obrócony do gospodarstwa i już 3 lata jako chłopak wiejski krzątał się koło roli, o ile siły jego zdążyły; w tem ojciec jego kupił kąsek ziemi w Starym Sączu (która dotychczas matkę żywi), przeprowadziwszy się na własność — prosił ojca, aby do szkoły w Nowym Sączu dalej chodził, na co ojciec zezwoliwszy, odwiedzał go co piątek, a gdy książki nieszkolne znajdywał w jego kuferku, — łajał. — Aby uniknąć tego, młody Świętopełk na każdy piątek suknie i bieliznę włożył do kuferka, a książki pochował, które po przeglądzie ojcowskim napowrót na dawne miejsca powracały.
Już gimnazyalista— miał paręset książek; na filozofię poszedł do Lwowa, ale nie zdawszy pierwszego półrocza, poszedł do Koszyc (na Węgrzech) powtórzyć pierwszy rok filozofii; i od tego też czasu nie dawał mu ojciec żadnej zapomogi, bo sądził — że to nic-potem syn.
— Skończywszy logikę w Koszycach, powrócił na fizykę do Lwowa; tu nie mając utrzymania, grywał czasem na scenie, kilka miesięcy na poddaszu nocował, a posłaniem jego była cegła, poduszką — pięść, a przykryciem licha surducina.— Żywił się suchym chlebem; na teologii pobierał stypendyum z funduszu religijnego; do Haliczanina podawał swoje utwory, a czasem kto inny prosił o przeczytanie nie oddał i podał do druku. Podczas wakacyi obchodził Podole i zbierał ruskie pieśni, których część — przez innych od niego wypożyczona — drukowaną została.— Wszystkie słowiańskie mowie (narzecza) posiadał, uczęszczał na prelekcyę estetyki.
— Wyświęcony w roku 1831 przybył do domu i powiedział matce: — »No to, już też przecie jestem księdzem; powiedzcie ojcu, jutro będę chciał mieć pierwszą mszę«. — Co matka uczyniwszy, usłyszała od męża: »Ja mu jeszcze nie wierzę«. — Świętopełk ubrawszy się tedy rano, poszedł do miejscowego proboszcza (w Starym Sączu), pokazał mu świadectwa i prosił o ołtarz; odprawił mszą świętą po cichu, tylko znajomych jego parę było, z których jeden przed ojcem pochwalił jego syna. — Wtedy ojciec do syna: »Cóżeś ty mi zrobił?« — a ów: — »Mówiłem, — nie wierzyliście«. — Natenczas znalazł Świętopełk ojca i ojciec w Świętopełku poznał syna, którego wprzód był za krnąbrnego uważał. — Ten rys jego młodych lat dostatecznie daje poznać samodzielność jego ducha.
— Pierwsza posada jako współpracownika — była mu wyznaczona w Nowym Sączu, stąd go znają ci, których był uczył nauki obyczajów i wiary (był katechetą). Wsławił się przez szczególny dar udzielania nauki ludowi. Jeszcze młody ksiądz, po 2 latach przeniesiony do Żabna w obwodzie tarnowskim, wziąwszy laskę do ręki, brewiarz pod pachę, w rewerendzie — poszedł pieszo do miejsca swego przeznaczenia, stąd nazywano go dziwakiem; tam przebywszy cztery lata, przeniesiony do Żywca — w obwodzie wadowickim, gdzie proboszcz zdał mu wszystkie zarządzenia plebańskie. — Tu, — jako w Żabnie i Sączu, wsławił się szczególniejszym sposobem mówienia z kazalnicy po ludowemu, przez co wielki szacunek, miłość i zaufanie parafian sobie zyskał, — a że będąc okrzyczany dziwakiem od owych, — co się chełpią, że się znają na ludziach, choć jedenastoletni ksiądz, — plebanii nie dostał; przeto po pięcioletnim pobycie w Żywcu w roku 1842 przeniesiony pod Hale (Tatry) do Poronina, jak gdzieindziej tak i tu jeszcze rychlej garnęli się za nim Podhalanie i mówili sobie: »Takiego nam trzeba, prawdę gada — choć ostro; gdyby tu pobył kilka lat, inaczej by u nas było!«.. Życie jego nieposzlakowane — zgadzało się z nauką — którą głosił.
— Od swoich zapoznany, lecz znany i słowiańskiemu Kollarowi i czeskiemu Szafarzykowi i naszemu Zeisznerowi; byli i tacy, co go Rafałem nazywali, sam się Tobiaszami podpisując. Miał on niemało swojego utworu poezyi, a gdy go zachęcano, aby wydał, — mawiał: »Przyjdzie kto, pożyczy i poda, — jak się już nieraz stało; a potem — wydać, to... co godnego«. — 20-go lutego 1846 r. spalił wszystko, — co miał napisane; zbiór książek 2 do 3 tysięcy reńskich kosztować mógł.
— Po dźwięku mowy umiał on czytać w duszy człowieka, a rzadko kiedy się omylił. — Był tak tkliwym, że na krew zabitego kurczęcia patrzeć nie mógł. — W Żabnie, będąc raz na kazalnicy, zobaczył człowieka zupełnie mu nieznanego, i zemdlał. Nie wiedział, — co to za przyczyna, — aż w kilka dni wytłomaczył sobie, bo tenże człowiek przekonany był o zabójstwo, w tym prawie czasie popełnione. W Sączu siedząc w piwnicy przez siedm tygodni. nabawił się wodnej puchliny i przeprowadzony został do innego więzienia.
— Choć zdrowszy, niż w piwnicy, i nikt z jego postawy nie byłby wyczytał słabości, przed miesiącem przeczuwał, że umrze; a gdy mu jego przyjaciel naganiał bezzasadne obawianie się: — »Ja się śmierci nie boję « — odpowiedział, — ale wkrótce umrę, i to... w Sączu«. — Ostatnie słowa dobitnie wyrzekł; jakoż w trzecim dziesiątku miesiąca maja 1846 zakończył w szpitalu nowosądeckim (w koszarach).

Godzien lepszego losu. Cześć jego popiołom! (N. B. Umarł w kajdanach) —