Cy bocycie Janie?
Jesiennom tęczom mieniały sie Regle - lekko przykurzone
Z trzaskiem zeskniętych liści jesienny koncert
Głuszony szumem traw perlistych
Do serc prostych sie wciskał - ościerzom uchylonych kwater.
Niezatarte owych dni wspomnienia w rozgardiaszu
Złotolistny zmierzch wrześniowy trochę wzruszony
Modlitwą wiatru bez słów tkliwość się rozsypuje
Sobota to była jak dobrze pamiętam,
Wspomnienia w mrok odchodzą, ale nie giną.
Przysedek sie z Wami pozegnać …
Z Podhalem sie musis pozegnać... a cy - ty - do światu sie bieres, kany?
Wyrazy padły głuche z tą chwilą - mówił do echa …
- - - Otwórz duse i siednij na ławie - tu przy mnie.
Podał dłoń w uścisku, coby słowo było jako słowo i serce biło jako serce.
Ceremoniał był krótki …
Sceść Boze - niek cie Bóg prowadzi i dopomoze!
Wypowiedział - poszeptem powtórzył - w powietrzu cicho.
Poszum sie zerwał i niósł się precki...
Echem odbiło w stuletnich konorach
„Niek’ze - cie Bóg strzeze”
Dodał po chwili - - - ta wschodnio halastra - ona, syćko popsuła,
Marzenia w cień przegnała - prowde wstecz zamazała!
Więc - - - jutro dodnia na kolej - skoro świt trzeba?...
Stoł wyprostowany, śmigły w nie chetki góralskim odzieniu
Boskiem, z kosulom rozpiętom na piersiak jak Rejtan
Głowa w tył odchylono, nos orli sumiaste wąsy o manierach
Sprzed tamtej wojny dobre niebieskie oczy prawdy pełne.
Zawsze słuchałem was wytwornyk, ludzi historii w dniach historii!
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Pitonie z Polon - jedni z piersyk wyrusyli w świat - gromadka śmiałków.
Za nimi od skurcu do skurcu, od hekatomby do hekatomby
Pochód nieprzerwanie, aż po - dzień zmartwychwstania
Wędrowoł bedzie poza granice bez ideałów szarpiąc klamki oporne
- Drzewiej - był kij sękaty, worek na plecach i smętek rodzinnej wioski,
Mozołem oklepane dłonie, skaplerzyk potem nasycony …
Z nędzy galicyjskiej szli w poniewierke po lepsze życie, nowe?…
Do arki zaś brali kozdego, sifkarta starcyła za paszport
Banknot za nojlepsy dowód - chłopska dola sie jednak nie końcyła
Bo jakoz’ by to chłopu z Podhala - po świecie wędrować?
Na okręcie pstro - pośrednicy - cekali na polskie „minima”
- Zal duse sciskoł, wolołbek nie obzierać sie za sobie
- Jak ziemia Polska i nasa na Podhalu - stawała w odrynku.
- Pola zalegały ołogiem - rąk na roli zabrakło,
- Przeciez telo Polski - kielo zywych serc i ręcy do cynu!
- Robocizna wnet - podrożała i wróg mocniej sie wcisnon
- Do dziś - brak słów - niechybnie żeruje - na nasym chlebie!
- A tu - chłopy wychodzom w poniewierke - polskie idom chłopy!
- Istny odlot - ptactwa na wyraju - - - snuła sie powieść gminna …
- Tam na wos cekajom - krompace (kilofy)!!!
Huknęło jak z ambony …
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Mówił to człowiek, który jeszcze przed wojną bywał w „świecie“,
Weteran z wojny bolszewickiej, drugiej wojny, w szlaku bojowym
Szedł w brygadzie z gen. Andersem - jako strzelcy podhalańscy,
Po trasie góry, pustynie, marsze, ucieczki, odwroty
Była Dunkierka, duszny Tobruk, urwiste wzgórza Monte Casino,
Bił się w Anglii, bo wolność Polsce chciał przywrócić
Bo tam skąd ruszył chciał się wrócić.
Gdzie się ulągniesz tam cię ciągnie…
- Opowiadał to człowiek, któremu zgasły już marzenia
Śmiał się przez łzy, gdy opowiadał swoje wspomnienia.
- Pamiętom Janie; liści konanie, traw zeschłych koncert …
- Mój weteranie, dla mnie odszedłeś w amarandach, w tułacza...dalszą drogę…
Ps. Wiersz dedykuje śp. Janowi Sobczykowi-Kierni, tzw. „Karamio”, do końca członkowi zespołu regionalnego Polaniorze, którego w tym czasie byłem kierownikiem, a to w latach 75, aż do wyjazdu za Wielkom Wode w 1979 r.
Mocno opóźniona wieść o jego śmierci, o której dowiedziałem sie dużo po niewczasie.
Na pewno był to człowiek godny uwagi w swojej życiowej filozofii i bytowaniu a mając około 50- tki i prawie już dorosłe dzieci - zaciągnął sie do armii gen. Andersa, przeszedł cały szlak bojowy, a mogąc zostać na zachodzie jako inni uczynili, wrócił się „ku swoim“ w Polany …
Chicago 1987